Opowieść Moniki

Historia Moniki przyszła do mnie kilka miesięcy temu. Od razu mnie urzekła, bo jest w tej opowieści magia, która czasami się nam przytrafia, tylko nie zawsze potrafimy po nią sięgnąć. Monika odważyła się całkowicie zmienić swoje życie, posłuchała swojego serca. Posłuchajcie…

Opowieść Moniki

Przeszłam wyboistą drogę, na barkach miałam pracę i studia, a w sercu wielką samotność. Z samotności wpadłam w depresję, z której, dzięki przyjaciółce oraz terapii zaczęłam wychodzić i uczyć się żyć szczęśliwie w pojedynkę. Martwiąca się o mój stan cywilny Agnieszka (tak, Agnieszko, wiele Ci zawdzięczam) namówiła mnie do założenia profilu na stronie kojarzącej pary „Sympatia”. Nie chciałam, ale że jednym z kroków w terapii było nauczenie się bycia obojętną i chłodną w stosunku do mężczyzn, pomyślałam, że to będzie dla mnie dobry trening.

Na Sympatii dostawałam właściwie tylko wiadomości w stylu „Hej laska! Masz ochotę na małe co nieco?” jednak, wśród tych pożalsięboże propozycji w skrzynce profilowej znalazł się pewnego dnia list dłuższy, ciekawszy i dużo bardziej kulturalny. Treści tego listu nie zachowałam niestety, ale pamiętam, że był napisany w starym i romantycznym stylu. Autorem tego niebanalnego listu był Adam, mój przyszły mąż. Na list odpisałam, że bardzo dziękuję za te miłe słowa i że właśnie kończy się mój darmowy wstępny tydzień na Sympatii i nie chcę przedłużać tu mojej obecności. Nie byłam wtedy pewna czy kontynuować tą korespondencję, ale Adam nalegał i poprosił mnie o inny adres kontaktowy. W końcu przekonał mnie tym, że mogę zakończyć to innym razem, ale teraz powinnam dać ”nam” jeszcze szansę na przedłużenie tej znajomości. Niechętnie i trochę z musu podałam w ostatniej chwili numer telefonu i adres mailowy.

 

A tak wspomina to Adam:

Szukałem kogoś na ”Sympatii” od jakiegoś czasu i kiedy byłem tam zalogowany, przesuwały mi się na ekranie i powracały rożne kobiety. Ale jedno zdjęcie od razu przykuło moją uwagę. Nie wiem, to oczywiście rzecz subiektywna, ale dla mnie było w tym zdjęciu coś magicznego, coś co mnie hipnotyzowało i coraz bardziej uzależniało. To tak, jak by nagle dane było komuś odkryć swój nigdy wcześniej nie sprecyzowany ideał. Zdałem sobie sprawę, że to właśnie ona jest uosobieniem takiego ideału. Że tak naprawdę o takiej kobiecie od dawna marzyłem.

Jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że była dla mnie zbyt piękna i zbyt młoda. Tłumaczyłem sobie, że nie należało i nie pasowało zawracać jej głowy. „Zostaw ją w spokoju” – pomyślałem starając się sobie jakoś ”pomóc”. Jednak po kilku dniach byłem wręcz zmuszony ulżyć temu zahipnotyzowaniu i postanowiłem napisać list bez oczekiwania jakiejkolwiek odpowiedzi. Napisałem właśnie to, co czuję, złożyłem hołd w kierunku jej urody i że jej wygląd jest bardzo zbliżony do mojego ideału kobiety. Napisałem również, że nie piszę po to, żeby otrzymać odpowiedź. Jeżeli sprawiłem jej przyjemność tym mailem to już jest to dla mnie wystarczającą nagrodą. Że życzę jej i wierzę w to, że tak piękna i fascynująca osoba znajdzie wkrótce swojego partnera. Naprawdę, nie liczyłem na odpowiedź.

A jednak.

I tak zaczęła się nasza korespondencja, wkrótce też rozmowy. Głos Adama działał na mnie silniej niż listy, a kto go słyszał wie, o czym mówię. Nikt mnie też tak nie rozumiał i nikt wcześniej nie rozmawiał ze mną tak jak on. Imponował mi swoją wiedzą, charyzmą i inteligentnym humorem. Mogłam w końcu rozmawiać z mężczyzną na właściwie wszystkie tematy, nigdy się nudzić i prawie zawsze było nam trudno zakończyć nawet długą już rozmowę. Fascynowało mnie to, że dużo wie, że wiele i daleko żeglował, dużo podróżował, zorganizował kilka wypraw, rajdów i właśnie pakował się przed wyjazdem na Mauritius.

Fala zwierzeń i emocji płynących łączami telefonicznymi i internetowymi wezbrała i wznieciła iskrę zapalną do uczucia miłości. Wznieśliśmy się na wyżyny, mieliśmy motyle w brzuchu, tęskniliśmy za sobą, przeżywaliśmy wszystko to, co zwykle przeżywają zakochane osoby. Tyle, że na odległość. Dziwiło mnie, że Adam nie proponuje spotkania, choć minęło wiele tygodni korespondencji i przegadaliśmy wiele, wiele godzin. Zaproponowałam więc spotkanie ja. Teraz, natychmiast, w sobotę.

– Nie mogę się tak szybko spotkać, bo… ja mieszkam w Sztokholmie.
– Przecież Sztokholm jest w Szwecji.
– No tak, ja mieszkam w Szwecji.

Zdumienie moje było ogromne, dlatego, że w telefonie wyświetlał mi się zawsze warszawski numer kierunkowy. Duże przedsiębiorstwo, w którym pracował Adam miało swoją filię w Warszawie i on dzwoniąc do mnie przełączał się na tę warszawską linię. Miejsce jego zamieszkania nie było jasno podane, tak samo jak jego wiek, do którego przyznał się podczas tej niefortunnej rozmowy (Adam jest ode mnie dużo, dużo starszy). Podważyło to moje zaufanie, zlękłam się dużej różnicy wieku i wizji emigracji. Po przemyśleniach postanowiłam zakończyć tę niczego nieobiecującą znajomość. Było mi przykro, ale powiedziałam mu to i przestałam od tego dnia odpowiadać na jego telefony i maile.

I wtedy ta bańka pękła.

Tak, jak coś, co bywa stworzone zbyt szybko i zbyt gwałtownie. Głównie na bazie iluzji, dążeń, pragnień i tęsknoty za kimś bardzo bliskim. Spadły różowe okulary, przyszła refleksja. Chęć bycia z kimś prawie za wszelką cenę ustąpiła opamiętaniu i gruntownej rewizji swoich oczekiwań.

Monika nie odpowiadała więcej na moje telefony. Już wtedy czułem, że to może oznaczać koniec. Ale tej myśli nie chciałem dopuszczać do siebie pod żadnym pozorem. Poznałem ją trochę i wiedziałem już, że jest nie tylko ładna ale i mądra; jest wykształconą, wrażliwą i o wielkim sercu kobietą.

Nie mogłem spać, jeść, pracować. Nic nie mogłem. Byłem sparaliżowany. Nie myślałem racjonalnie. I byłem wściekle zły. Na siebie, ale też i na wszystko dookoła. Ale głównie z bezsilności, że nie mogłem tego zmienić. Traciłem to najcenniejsze, o czym dane mi było zamarzyć.

Zrozumiałem, że nawet gdybym oddał wszystko, co miałem i obiecałbym jej wszystko, czego by zapragnęła, nie mógłbym zmienić jej decyzji. Życie mnie nauczyło, że skamlenie i prośby o powrót mogą tylko zepsuć mój image i wzbudzić żałosną niechęć lub pogardę. Pozostało mi tylko zakończyć to w możliwie dobry sposób pozostawiając po sobie miłe wspomnienie. Poza tym, byłem jej naprawdę wdzięczny za te kilka wspaniałych tygodni „bycia razem”, kiedy to zdążyłem już ją prawdziwie pokochać. Zagryzając zęby i wstrzymując łzy zamówiłem dla niej dwie duże orchidee i bukiet goździków dla pani Haliny. Wysłałem ostatni mail z dwoma biletami, które pierwotnie miały być dołączone do kwiatów:

orchidee.jpg

Moniko!
W podziękowaniu za ten cudowny czas z Tobą.
Za te wzruszające maile i sms-y i prawdziwe uniesienia.
Za te długie i miłe rozmowy, które mnie tak uskrzydlały, że czułem się wyjątkowo szczęśliwym człowiekiem.
Dzięki TOBIE.
Chciałem doradzać i wspierać Ciebie. I chyba mi się to udawało.
Twoja radość i uśmiech były dla mnie największą nagrodą.
Wszystko zepsułem. Naprawdę, nie chciałem Cię urazić!
I myślę, że tak naprawdę to o tym wiesz.
Przepraszam ponownie głęboko.
Napisałaś, że lubisz orchidee…

Pani Halino!
Monika powiedziała mi, że pytając Panią o zdanie na temat jej wyjazdu na stałe do Szwecji powiedziała Pani do niej – „Jedź. Ja dam sobie radę.”
To było coś wspaniałego, kiedy po tylu wyrzeczeniach i poświęceniu w wychowanie tej pięknej i wspaniałej kobiety powiedzieć: jedź!
Innymi słowy – Twoje dobro jest najważniejsze. Nie moje.
A ja mogłem poczuć przez chwilę, że mogę otrzymać tak wspaniały klejnot, jakim jest Monika.
Dlatego pozwalam sobie przesłać te kwiaty dla Pani w podziękowaniu za ten gest i jako nieśmiałą próbę złożenia wielkiego hołdu uznania w Pani stronę.
Adam

Dwa dni później posłaniec przyniósł mi dwie wielkie orchidee, a Halinie bukiet goździków.

Ja, kiedy otrzymałam kwiaty i ten mail, pomyślałam zaś, że chyba nie zależało mu na mnie naprawdę, skoro o mnie nie walczy, tylko po prostu, jak prawdziwy dżentelmen dziękuje mi za wspólny czas. Nie odezwałam się już więcej do niego i starałam się zdusić ledwie wykiełkowaną myśl, że kogoś będę miała, że może trzeba będzie emigrować. Starałam się o tej znajomości zapomnieć.

Bo emigrować nie chciałam. Pomijając fakt życia w pojedynkę, żyło mi się w Polsce dobrze. Pracowałam w polskim przedszkolu, uczyłam polskie dzieci, studiowałam na Uniwersytecie, pochłaniałam polską literaturę, zachwycałam się polskim kinem. Patrzyłam na innych wylatujących z kraju i dumna byłam z tego, że ja zostaję w Polsce. Dobrze się stało, mówiłam sobie. Zeszłam z obłoków na ziemię i powoli wracałam do codzienności. Dla odpoczynku pojechałam na kilka dni w góry, gdzie nad Morskim Okiem myślałam wtedy, że moje miejsce jest w Polsce.

morskie oko

Adam wspomina:

Po kilku trudnych dniach, wielu kieliszkach, bycia opryskliwym i bardzo nieprzyjemnym człowiekiem dla wszystkiego i wszystkich, zaczęła we mnie kiełkować myśl ”odzyskania jej”. ALE JAK??? Może pojechać do niej? A jak się wystraszy? Nie. Mogłem zepsuć wszystko jednym niezamierzonym słowem czy gestem. Może trafiłbym na jej niezbyt dobry dzień. Lub ulewę. To wszystko było zbyt ryzykowne. Zacząłem szukać w kalendarzu, kiedy są imieniny Moniki. Są 4 maja lub 27 sierpnia. Wtedy postanowiłem postawić wszystko na jedna kartę i wysłać jej bardzo dużo kwiatów 4 maja. Jeżeli imieniny ma w sierpniu to jakoś się wytłumaczę. Większym problemem było, jak wytrzymać te prawie 6 tygodni bez żadnego kontaktu. To było najtrudniejsze. Wielokrotnie wybijałem jej numer i dosłownie w ostatniej chwili wycofywałem się. Nigdy w życiu nie pragnąłem, żeby czas mijał szybciej. Pamiętam, że pracowałem dużo więcej, żeby nie myśleć o niej i żeby było już jutro. Pocieszałem się, że ta przerwa jest jej potrzebna i że może po niej będzie mogła spojrzeć na mnie przychylniejszym okiem. Ostanie dni były dla mnie jak oczekiwanie na ważki dla życia wyrok sądowy.

Minął ponad miesiąc, przyszedł maj. Dnia czwartego maja, w dniu moich imienin wróciłam z pracy i kiedy weszłam do swojego pokoju zaniemówiłam. Pokój był cały w kwiatach! Małe i duże bukiety stały wszędzie, na parapecie, na meblach, na podłodze. Nad zapachami różnych kwiatów górował zapach konwalii. Widok ten był szokujący, bo przecież nie codziennie dostaje się taką wielką ilość kwiatów.

Pobiegłam do Halinki, bo pierwszą moją myślą było, że to od niej. Uściskałam ją:
 – Dziękuję!
– To nie ode mnie!
– Nie? A od kogo???
– No, od kogo?

„Adam?” – przemknęło mi przez głowę.

Pobiegłam otworzyć komputer, by sprawdzić pocztę. Ha! Jest mail! Króciutki. ”Z imieninowymi życzeniami, Adam”. Odpisałam, że żałuję, że nie mogę go poczęstować ptasim mleczkiem, które właśnie pałaszuję. Zadzwonił do mnie i słyszałam jak drży mu głos i jak ostrożnie formułuje każde swoje słowo.

I tak zaczęliśmy pisać i rozmawiać na nowo.

Po trzech tygodniach dostałam bilet lotniczy do Sztokholmu i zaproszenie na 6 tygodniowe wakacje do Szwecji. Na cały lipiec i kawałek sierpnia! Nie mogłam w to uwierzyć. Cieszyłam się, tym bardziej, że nigdy jeszcze w Szwecji nie byłam.

Prawie wszystkie moje koleżanki odradzały mi Adama i wyjazd do niego. Akurat głośno było o Fritzie, który trzymał przez wiele lat w zamknięciu swoją córkę. Nie ukrywam, że miałam obawy i na wszelki wypadek zapisałam sobie numery telefonów do ambasady i konsulatu polskiego w Sztokholmie.

Wyczuwałem wtedy jej niewypowiedziane obawy, czasami pewną rezerwę i niepewność związaną z jej przyjazdem do mnie. Rozumiałem. Jak na kobietę była odważna. Zapewniłem ją, że kupię jej od razu bilet na powrót i że będzie mogła mieszkać w hotelu sama jeśli tylko będzie tego chciała.

Później pamiętam, że któregoś dnia nie dzwoniłem do niej przez cały dzień. Zadzwoniła sama i zapytała, co się stało, a ja odpowiedziałem, że szukałem i zdobyłem kilka następnych cegieł, żeby móc ją zamurować u mnie. Parsknęliśmy oboje śmiechem i od tej pory jej obawy były jakby już mniejsze, a ufność większa.

Wiedziałem, że łatwo jest się zakochać w kimś korespondując, trochę trudniej rozmawiając na odległość, ale utrzymać wszystko po pierwszym spotkaniu to już duży dar od niebios. Jadąc po nią na lotnisko byłem bardzo podekscytowany, pełen obaw i czekałem jakby na jej drugi wyrok. Czy mnie zaakceptuje? Znaliśmy doskonale nasze głosy, sposób myślenia i upodobania. Można tęsknić za rozmową i kolejnym listem przyjmując to jak przyjemną rutynę, ale znaleźć się nagle po raz pierwszy we własnym realnym towarzystwie to już zupełnie coś innego.

Po przywitaniu napięcie opadło, wystudiowane frazy grzecznościowe i miłe komplementy zeszły na drugi plan, rozmowa kleiła się coraz bardziej i zaczęliśmy żartować. Jadąc z lotniska do mojego mieszkania wstąpiliśmy do sklepu zrobić zakupy do ”wspólnego” gospodarstwa. Zdaliśmy sobie sprawę, że zaczynamy planować coś razem. Jakiś początek naszego życia we dwoje.

 

Finhamn 070

IMG_4540

Drottningholm 038

Oczekiwanie pierwszego spotkania na lotnisku było wielkim stresem, jak zawsze przed pierwszą „randką”, ale szczęśliwie zaiskrzyło od razu i od początku było między nami dobrze. Lato było piękne, lipiec gorący. Adam wziął długi urlop i przez sześć tygodni mojej wizyty pokazał mi Sztokholm, okolice i kilka wysp archipelagu. Rozpieszczał mnie i był dżentelmenem w każdym calu. Zakochałam się i w Sztokholmie, i w Archipelagu, i w Adamie. Pełną piersią, na zabój.

Wakacje szybko się skończyły i pod koniec usłyszałam oczywiście pytanie: „Czy wrócisz tu i zamieszkasz za mną na stałe?” Serce chciało, ale rozsądek nakazywał mi rozwagę. Poprosiłam go o czas na podjęcie ostatecznej decyzji. Nie nalegał. Myślę teraz, że oboje wiedzieliśmy już wtedy, że jesteśmy sobie przeznaczeni.

Po powrocie stwierdziłam, że rozważanie o wyjeździe do Adama i do Szwecji nie miało już sensu. Nie zdając sobie sprawy, że ta decyzja właściwie zapadła już tam u niego, pierwszego dnia. Po pewnym czasie powiedziałam mu to, obiecując, że zakończę swoje polskie życie i przeniosę się do Szwecji na stałe. Wróciłam do Warszawy, odeszłam z pracy, zakończyłam studia i obroniłam tytuł magistra; rozdałam i sprzedałam swoje rzeczy, pożegnałam się z Halinką i z przyjaciółkami (wiele niestety nie rozumiało i nie akceptowało mojej decyzji związania się z dużo starszym mężczyzną), spakowałam się i 27 września 2009 r. przyjechałam do Szwecji z myślą, że na stałe.

 

Dziękujemy za wysłuchanie

Monika i Adam

Wszystkie zdjęcia są autorstwa Moniki, więcej zdjęć możecie obejrzeć na blogu Moniki 

Ja bardzo dziękuję za piękną historię. 🙂

Jeśli podobał Ci się ten artykuł, zapisz się na następne. Prześlij go znajomym, możesz też pomyśleć o subskrypcji. Dzięki darmowej prenumeracie będziesz mieć dostęp do aktualności.

6 komentarzy

  • Odpowiedz Sierpień 15, 2016

    Klaudia

    Piękna historia. Warto trzymać się tego, kim jesteśmy i żyć w zgodzie ze sobą.

  • Odpowiedz Kwiecień 29, 2015

    Ela

    Piękna historia! Jak dobrze, że ze szczęśliwym zakończeniem. Czytałam z zapartym tchem 🙂

  • Odpowiedz Kwiecień 28, 2015

    Paulina

    Cudowna historia!

Zostaw odpowiedź