Opowieść Agnieszki

Posłuchajcie Agnieszki, która sama o sobie mówi, że jest „korpoludkiem”, żyje w zgodzie z naturą i po latach poszukiwań odnalazła w swoim życiu spokój, a spowodowało to jedno wydarzenie.  Oto opowieść Agnieszki – kobiety, która potrafiła zmienić swoje życie za sprawą cudu, jakim jest właśnie życie. Agnieszka pracuje w korporacji i prowadzi bloga, na którym znajdziecie przepisy na życie w zgodzie z naturą, np na pastę z propolisu. 

Są takie wydarzenia w życiu, które zmieniają nas na zawsze.  Pozostawiają w naszych sercach, duszach i pamięciach niezatarty ślad. Niektóre nas wzmacniają, inne osłabiają. Wierzę, że nic nie jest dziełem przypadku. Podzielę się z Wami moją historią, opowieścią, która zmieniła moje życie nieodwracalnie. Nic już nie będzie takie jak dawniej.

Godzina 2:00, parna, lipcowa noc. W końcu się udało. Po 12 godzinach niewymownego cierpienia urodziłam moją córeczkę. Położono mi ją na brzuchu, a ja zrozumiałam co oznacza określenie „czas stanął w miejscu”. Nie wiem jak wówczas wyglądała, byłam zbyt słaba, żeby podnieść głowę, strzępami sił, jakie we mnie pozostały wyparłam z siebie nowe życie na świat. Nie miało to wówczas dla mnie znaczenia jak wygląda, miałam ją w objęciach, na swoim brzuchu. Na kilkadziesiąt sekund cały świat zniknął z mojego życia, nie było nikogo, zniknęły położne, lekarze, mąż. Byłam tylko ja i ona, moja mała kruszyna. Już wiem, co oznacza określenie ‘czas stanął w miejscu’ Czekałam na nią całe 9 miesięcy. Całowałam ją teraz w mokrą główkę i patrzyłam na sufit, chyba się kręcił, w końcu kula ziemska się kręci, a my byłyśmy w jej centrum, tylko we dwie. Nie wyła jak inne dzieci (tak, to okropne określenie przyszło mi do głowy), a wydawała z siebie najsłodsze dźwięki pod słońcem, marudziła, cieszyła się? Co za cudowne odgłosy! Ma główkę wilgotną jak nowonarodzony kotek-pomyślałam. Nigdy nie miałam w rękach nowonarodzonego kotka, a może miałam, a to wydarzenie otworzyło jakąś szufladkę z zapomnianym wspomnieniem z dzieciństwa. Musiało być dla mnie bardzo ważne skoro powróciło w takim momencie. Koktajl hormonów, takie piękne określenie usłyszałam kiedyś w odniesieniu do tego, co dzieje się w ciele kobiety chwilę po tym, jak wyda na świat dziecko. Ten koktajl buzował wtedy we mnie z siłą niewyborażalną. Magiczną, zbyt krótką chwilę przerwały jednak położne wyrywając mi dziecko i zajmując się rutynowymi czynnościami. Córka-usłyszałam-zdrowa. Znów zawirował mi świat. Jestem mamą. Mamą zdrowej córeczki. Blask jarzeniówek oślepiał, a dookoła mnie sporo się działo. Ludzie chodzili, rozmawiali, ktoś nakrzyczał na męża, że się ociąga z podawaniem ciuszków. Taka szpitalna rutyna. Mąż poszedł na salę poporodową z nasza kruszyną, a ja zostałam sama z personelem dopełnić końcowych, już nie tak przyjemnych czynności związanych z porodem. W końcu pozwolono podnieść mi się z krzesła porodowego. Ale nie mam siły. Pomagają mi, sadzają na wózku inwalidzkim. Cała się trzęsę, nie wiem, czy dlatego, że moja koszula jest cała mokra od potu, czy z emocji, a może ze strachu? W każdym razie nie mogę nad tym zapanować. Środek nocy, siedzę na wózku inwalidzkim, czekam, aż położna zawiezie mnie do pokoju. Koszula się  lepi, wszystko boli mnie niemiłosiernie. Włosy kleją się do twarzy, nie mam siły trzymać głowy. Uprzedzali, że poród to wysiłek, ale aż taki? Położna popcha wózek. I właśnie wtedy, w tym momencie, w takim stanie, jadąc w środku nocy przez jasno oświetlony korytarz szpitalny na wózku inwalidzkim myślę sobie-właśnie dokonałam czegoś niezwykłego, czegoś, co przed kilkunastoma minutami wydawało mi się niewykonalne. Jak ja w ogóle kiedyś mogłam myśleć, że cokolwiek w życiu jest niewykonalne.

Cholera, od jutra podbijam świat….

Tak, jadąc na wózku inwalidzkim, cała obolała, nie mając nawet sił, by utrzymać głowę, pomyślałam, że od jutra zmieniam świat. Wyobrażacie sobie jak bardzo komicznie by towyglądało, gdybym w tym stanie powiedziała to na głos?Jadę i niedowierzam, jak mogłam zmarnować tyle lat myśląc, że coś jest niewykonalne. Przez krótki moment szczerze byłam na siebie zła.

Cholera, od jutra podbijam świat….

I tak od kilkunastu miesięcy podbijam świat, swój świat. Codziennie walczę o to, by mojeżycie było jeszcze piękniejsze niż wczoraj. Nie boję się marzyć, co więcej nie boję się spełniać tych marzeń. I co „przeraża” mnie najbardziej to fakt, że te marzenia się spełniają. Aż boję się pomyśleć, co przyniesie nowy dzień. Codziennie nadaję swojemu życiu sens. Czasami wstaję po ciężkiej nocy, w lustrze widzę zombie z widocznym niedoborem snu, dzidziuś marudzi, herbata się wylewa, ale czy za 2 godziny to będzie miało jakieś znaczenie? Chciałam napisać, że za dwie godziny sytuacja się poprawi, herbata się wytrze, ale rzeczywistość jest taka, że do tego pewnie dojdą pokruszone herbatniki na podłodze i wylana zupka. Ale za sześć godzin już pewnie będzie lepiej, mąż zbierze herbatniki, dziecko przybiegnie, aby się przytulić (uścisk mobilnego dziecka nauczył mnie, żeby łapać każdą chwilę, nawet tą najkrótszą, bo tak szybko przemija) Za sześć godzin będzie się liczyło tylko to, że mam wspaniałego męża, cudowne dziecko, że kocham siebie z miną zombie i fryzurą, której dalece do artystycznego ładu. Jaki sens za kilka lat będzie miała wylana herbata?

Dlaczego chcę się podzielić tą historią? Przeżyłam ciut więcej niż przeciętne dziecko. To bardzo podważyło moje poczucie własnej wartości. Z roku na rok rósł we mnie potworek, który wmawiał mi, że życie jest beznadziejne, zamożni ludzie to oszuści, a ci bijący szczęściem to hipokryci i pozoranci. W pewnym momecie w moje ręce zaczęły trafiać odpowiednie książki, filmy, muzyka, oczywiście jestem przekonana, że nie było to dziełem przypadku. Ktoś na górze walczył o to, żebym się zmieniła, żebym dopuściła do siebie szczęście. Z roku na rok moje wartości ulegały zmianom, jednak ja nadal żyłam w letargu.

Odkładałam życie na jutro.

I właśnie poród, to częściowo dla mnie traumatyczne przeżycie stało się jednocześnie najpiękniejszym wydarzeniem, które odwróciło tory na właściwy bieg. Dziś każda czynność w moim życiu urasta do rangi rytuału. Dlaczego? A dlaczego nie? Życie składa się z małych elementów układanki zwanej życiem. Walczę, aby te elementy pasowały do siebie każdego dnia. Szczęście to stan umysłu, każdy może być szczęśliwy, musi tylko tego chcieć i o to zawalczyć.

Na koniec pragnę zacytować fragment książki Jacka Walkiewicza „Pełna moc możliwości”:

„…dlatego kiedy podniosłem głowę, rozłożyłem skrzydła, odbiłem się od ziemi i wzniosłem wysoko, to wiedziałem, że już nigdy, ale to przenigdy nie chcę wrócić do kurnika. Wiedziałem, że chociaż się boję latać i mam lęk wysokości, to choćbym miał się porzygać ze strachu nie dam się już ściągnąć na ziemię. I Tobie też tego życzę. Podnieś głowę. Spójrz w niebo i poleć. Jesteś orłem…”

 

Agnieszka www.afterkorpo.pl

Jeśli podobał Ci się ten artykuł, zapisz się na następne. Prześlij go znajomym, możesz też pomyśleć o subskrypcji. Dzięki darmowej prenumeracie będziesz mieć dostęp do aktualności.

5 komentarzy

  • Odpowiedz Styczeń 11, 2015

    AfterKorpo

    Bardzo dziękuję za ciepłe słowa. Mam nadzieję, że konkluzja zostawi w Was ciepły ślad na dłużej.

  • Odpowiedz Styczeń 7, 2015

    Aga

    Niesamowicie mocne, niesamowicie motywujące. Popłakałam się. Ścisnęło w klatce 😉 dzięki za ten tekst!

  • Odpowiedz Styczeń 6, 2015

    chagatka

    To jest to niezwykłe widzenie zwykłego życia, to jest ten cud, którego dostępujemy na każdym kroku, trzeba go tylko zauważyć, bo szczęście nie jest stacją docelową tylko sposobem podróżowania. Cudownie trafnie powiedziane – jakie znaczenie będzie miała wylana herbata za dwie godziny?
    Pozdrawiam ciepło Autorkę bloga i Bohaterkę tej opowieści i życzę mnóstwa takich wzruszeń i myśli: Podbijam świat i to najlepiej od dzisiaj!

    • I to koniecznie w każdej chwili. 😉 Cieszę się, że spoodbała ci się opowieść. 🙂 Masz rację – nie dążymy do szczęścia, możemy w nim tkwić – zawsze. 🙂

Zostaw odpowiedź